Ariadna bez nici. O tym, że sztuka czai się wszędzie a szansa jej doświadczania jest nieobiektywna.
Katarzyna Roj

W każdym pomieszczeniu sztuka. Pomiędzy nimi korytarze, tajne przejścia, schody. Te prowadzą do piwnic, w nich robi się duszno. Nagle przestrzeń niebezpiecznie się zwęża, a światła stroboskopu kuszą i straszą naprzemian. W kącie coś (ktoś) leży, przechodzę, idę w głąb. Na końcu odbieram telefon, wyjątkowy, bo łączy, gdy podniosę dwie słuchawki. Przede mną ściana, a więc doszłam do końca. Na pewno?

Miejscem „na marginesie”- tak nazwę Browar Mieszczański. Myślę tu o jego fizycznej przestrzeni, jak również mentalnej, rozumianej jak zbiór pewnych sensów. Które trzeba oswoić, najpierw jednak wydobyć. I tak wiosną siedemdziesięciu, przeważnie bardzo młodych artystów, podjęło z tym miejscem dialog, choć jak można się spodziewać, nie obyło się bez przemocy.

Gwałtem może stać się każde działanie, tym bardziej Przegląd Młodej Sztuki w Ekstremalnych Warunkach. SURVIVAL, dziecko wirtualnej Galerii !Sputnik, narodził się z takich właśnie emocji: krytycznych wobec instytucji uprzywilejowanych, marazmu, w którym tkwią te „na marginesie”. W jego działaniu przebija się także aspekt wolnościowy. Oto wybrane arbitralnie miejsce staje się polem gry, w której nie obowiązują wyraźne reguły. Wygrywa to, co zdoła przetrwać, choć wróg nie jest wyraźnie sprecyzowany. Może jest nim miejsce, widz, może nawet sami artyści. Na pewno nie czas, bo ten został im narzucony. A zanim padnie pytanie o sztukę współczesną w ogóle, każdy z autorów uprawia ją na wyznaczonym miejscu, czerpiąc z niego, bądź jemu przecząc. Najbardziej namiętny jest moment samej adaptacji. Wyznaczenia swojego terytorium, szukanie jego site specific. I wreszcie recykling tego zużytego miejsca, choćby incydentalny, nietrwały.

Jaką rolę przeznaczono dla widza? Podobnie do labiryntu przestrzeń Browaru zagina się, a czas gra przecież swoją rolę wyraźnie. We wnętrzu panuje komunikacyjny chaos. Mamią dźwięki, nawoływania. Za rogiem pojawia się kartka „Przejścia nie ma”, to znowu „prosimy nie wchodzić (autorki)”. Parę kroków dalej jaskrawa strzałka. Gdy błądzę w meandrach już wiem, że nie zobaczę wszystkiego. Gdy jestem na strychu tracę coś, co dzieje się na niższych kondygnacjach. Gdy schodzę, któryś z performance właśnie dobiega końca.

Działanie Eweliny Ciszewskiej znam z jego rejestracji. To wnętrze widziane z góry, w jego przestrzeni ustawiono biały sześcian, poduszkę i drabinę. Zwisa lampa, która oświetla scenę. Najpierw słyszymy tępy, natrętny dźwięk, po chwili pojawia się ubrana w białą sukienkę Ciszewska, siada w kącie. Napięcie rośnie, gdy do dźwięku dołączają się rytmiczne tony. To sterylnie białe wnętrze samo w sobie jest antycypacją kolejnych scen. Teraz obsesyjna muzyka ilustruje pojawienie się czerwonej plamy pomiędzy udami autorki, a akcja momentalnie przeradza się w psychodramę. Bohaterka najpierw powoli, potem w szale rozciera ciecz po podłodze, ścianach. (Czy inspiracją jest tu Pipilotti Rist?) Wnętrze akcji widziałam dwukrotnie. Najpierw było niepokojąco białe. Post factum, pokryte czerwoną mazią.

Miejsce widza wyznaczono na górze, co podkreśla w pewnym sensie jego nadrzędność. Voyeryzm powraca również w instalacji Piotra Asfelda i Pawła Stefani. To także wnętrza widziane z góry. Taśmami wydzielono poszczególne pomieszczenia, a w nich przedstawiono mieszkańców, redukując ich postaci do syntetycznych znaków. To kolejno: człowiek przed komputerem, za jego „ścianą” do chrześcijańskiej wieczerzy zasiedli sąsiedzi. W następnym domu para uprawia seks. Z każdego z pomieszczeń dobiegają odpowiednie dźwięki, które mieszają się, paradoksalnie ujawniając samotność bohaterów instalacji.

Tymczasem environment Oli Stawik zapowiadał się z daleka skromnie - kilka białych prześcieradeł powieszonych na tle ścian pełnej liszai i odpryskującej farby. Kryły w sobie jednak wyjątkowe wnętrze. Autorka wiernie stworzyła tu iluzję mieszkania; za sprawą gipsu i tkaniny powołała domowe sprzęty i to z dokładnością detalu. Podświetlona, całość jawiła się zjawisko.

Z kolejnej sali nie zapomnę instalacji Michała Bieńka. To rząd sterylnych umywalek, zamkniętych z obu stron ściankami. Po jednej stronie szyby, które otwierają się na tło białawych kafelek, po drugiej lustra multiplikujące obraz. Całość pozostaje autonomiczna, pozwalając jedynie na fragmentaryczny, „zewnętrzny” odbiór obiektu.

Czas dobiega końca, a ja wciąż błądzę po korytarzach. Schodzę do kolejnego pomieszczenia. Z jego stropu zwisają świetlne ostrosłupy - to instalacja Justyny Adamczyk. Przypomina jaskinie ze stalaktytami, co podkreśla również ciemność i niska temperatura. Widz ma wrażenie zdobywania, odkrywania nowych przestrzeni. Zresztą SURVIVAL zyskuje, gdy ogląda się go w samotności. Wówczas wrażenie to nasila się.

Pierwszy kontakt ze światłem - teraz należy obejść budynek. W jego dalszej części instalacja wodna projektu Dagmary Hoduń. To gigantyczne żebra, z których wypływa woda. Z rytmem przęseł obiektu rymuje się odgłos spadających kropel. Razem z olbrzymią kałużą zajmuje całą salę. A zaraz nieopodal Anna Cygańczyk i Maciej Szynala i ich projekt „Pokolenie JPII”- akcja na bębny, niezwykle dynamiczna i pełna entuzjazmu.

Jako post scriptum przywołam jeszcze działanie „Baw się (ze) mną”. Bo zamknięte w przyczepie panny - nimfetki rozbudzały wyobraźnię. I tu widz miał do odegrania rolę: ręce kobiet powiązane były sznurkami, a ich szarpnięcie wprawiało je w ruch.Widz ciągnący sztukę za sznurki? Ciekawe...