Survival, génial, danke
Anna Markowska
Godzina 19. 30, piątek, okolice Teatru Lalek. Piwo. Kolejka po piwo. Kolejka po piwie. Gwar. Dziewczyny w bluzkach bez rękawów i z purpurowymi paznokciami u stóp. Duchota. Czarnulki z kręconymi włosami i wielkimi oczami, pan z wzdęciem, chudzielec w spranej koszulce i ten potworny maj, co śmierdzi kasztanami. Przegląd Młodej Sztuki w Ekstremalnych Warunkach SURVIVAL, edycja 2007, ogląda się z mapą. Sztukę oznaczono numerami od 1 do 45, rozróżniono 5 gatunków: wideo, obiekt, performance, instalacja, interwencja. Koło hotelu „Monopol” Tomasz Bajer odczarowuje przemówienie Hitlera. W mundurze armii République Génial, z plastykowym karabinem i włosami na sztorc, szczerzy wesoło białe zęby, stojąc na straży przed profesjonalnie wykonaną budką swej genialnej ojczyzny. Niemieckie turystki pytają o co chodzi, chichoczą, z uśmiechem powtarzają kilkakrotnie danke, danke. W budynku Łaźni zamknięte na klucz polskie bałwany, co to są lepsze od niemieckich krasnali. Z ceramiki, więc o przedłużonej trwałości, stoją bojowo w rzędzie, jak strażnicy cesarskich grobów, pilnując starych kafelków na ścianach. Dlaczego są piękne? Jak mogą być piękne z czerwonymi nosami w polewie, z baniastymi szyjopiersiami, bulwiastymi korpusami i kolistymi nogami, białe jak śnieg podróbki? Piękno bałwanów to tajemnica. Dzieło Eli Walaszek skryto pod nazwą „Adaptacja”. Tytuł rodzi pytanie, do czego można ich użyć? Postukać bałwana – któż nie marzył o tym w dzieciństwie? Zagrać na nim gamę, ustawić latem w ogrodzie, zdemontować i użyć jako podkładkę pod żelazko i dzbanek ze świeżo zaparzoną herbatą. Śnieg kontra glina. Tak, jak miękkie staje się twarde, to musi być sztuka. „To jest takie kobiece, ale nie przekracza na szczęście granicy feminizmu” – przypominają mi się słowa ślicznej czarnulki o grupie „Łuhuu”. Dziewczyny w bieli siedzą w skrzynkach z plexiglasu i choć się nie ruszają, zamontowane na dole boksów kółka prowokują do jazdy. Spacerowicze ciągną więc zapuszkowane panny młode po trotuarze, małe kółka turkoczą.
W Łaźni Ewa Zarzycka. Przyjechała z Lublina, na podłodze stoi plecak i mała walizka. Tłum przechodzi od obiektu do obiektu, szuka bałwanów, szemrze, mija Zarzycką. Artystka milczy, jak Duchamp. Niektórzy jednak się zatrzymują. Ustawiono tu stolik, a dziś przecież każdy wie, że dla leniwych artystów stworzono gatunek ready made. Komu chce się doczytać objaśnienie na mapie, ten wie, że za chwilę odbędzie się performance. Publiczność siada, wyczekuje, część przygląda się bagażom pod stołem, obstawiając, co artystka wypuści z toreb – królika czy stado gołębi. Zarzycka opowiada o rozmowach z mężem przy kawie. Potem bierze walizkę, kłapie jej górną i dolna połową, jak szczękami hipopotama i wypuszcza powietrze złapane podczas porannego spaceru. Wszyscy oddychają z ulgą, bo rano było nieco chłodniej, niż teraz. Duchamp powinien spalić się ze wstydu ze swoimi marnymi 50 cm³ paryskiego powietrza i to jeszcze szczelnie zamkniętymi w szklanej bańce. Zarzycka znika bez śladu, który dałoby się sprezentować milionerowi, zwiewna, tylko bełta powietrze. Na naszych twarzach osiada oddech starej walizki. Inny magik, w fosie miejskiej, montuje peryskop u-boota. Nie przemienia alchemicznie materii, jak Wałaszek, nie obdarza życiodajną pneumą, jak Zarzycka, i nie leczy duszy jak Bajer. Jerzy Kosałka samotnie rozmawia z duchami, czyli eksponuje to, co jest, choć tego nie widać. A właściwie powoli zaczyna się ukazywać, bo na miejscu Wilhelma przy Świdnickiej stawia się pomnik Chrobrego, siłowo i odgórnie zmieniając przeszłość. Kosałka brodzi w fosie, montuje wyłaniającą się załogę u-boota. Będzie nas ironicznie obserwować, nawet jeśli nigdy jej nie zobaczymy. Woda sięgnęła aż do tyłka wybitnego artysty. Nie można oczywiście porównać Kosałki z Robertem Smitshonem, wędrującym po Wielkim Słonym Jeziorze, gdzie zbudował koliste molo z kawałków bazaltu tylko dlatego, że obaj taplali się w czymś wilgotnym. Nawet nie o to chodzi, że Smithson miał gumospodnie, a Kosałka kalosze, ale przede wszystkim, choć jezioro było słone, to myśli jankesa nie były tak gorzkie. A jednak można zaryzykować, że obu chodziło o pokazanie dziwnej szczeliny w czasie, gdzie nic nie zmierza do jakiegoś celu, tylko odsłania miejsce i jego energię. Dlatego zresztą Kosałka do podziemnego okrętu dodał jeszcze pływający obiekt homofobiczny. Bo choć okoliczny park to miejsce tradycyjnie przyjazne gejom, to po wyjściu z parku jest dziś trochę gorzej, szczególnie, jak się wyjedzie do stolicy. Na szczęście nikt się tam nie wybierał w piątek wieczorem, po robocie. Ostatni pociąg odjechał; zostali ci, co przeżyli w ekstremalnych warunkach na miejscu. To dla nich ten SURVIVAL.
Survival 8:
SURVIVAL on Crisis?
Anna Kołodziejczyk, Michał Bieniek
Es beginnt in Breslau
Dorota Monkiewicz
Wrocławska architektura ekstremalna
Janusz L. Dobesz
Będzie! Będzie? Nie będzie...
Kuba Szreder
Survival 7:
Wstęp
Anna Kołodziejczyk, Michał Bieniek
Tropienie sztuki – tropienie miasta
Gabriela Dragun
Nie tkwić w dniu ani w miejscu… O SURVIVALU 7
Michał Bieniek, Anna Kołodziejczyk
Kino z tamtych lat
Inga Leśniewska
Animusz, czyli nowy duch
Adrianna Prodeus
FOUR DOMES SOUND. Muzyczna Scena Survivalu
Daniel Brożek
Survival 6:
Better City, Better Life?
Michał Bieniek
Czego kurator szuka w mieście?
Anna Kołodziejczyk
Wypróbuj mnie smutkiem, rozpaczą, dnem zatracenia i zguby
Piotr Stasiowski
Polskie miasto i sztuka – stan obecny, strategie funkcjonowania
Magda Ujma
Zgubmy się!
Adrianna Prodeus
Sample, ślady i projekcje
Kaja Pawełek
Survival 5:
Sztuka vs widowisko (dialog jako strategia przetrwania)
Michał Bieniek, Anna Kołodziejczyk
Survival, génial, danke
Anna Markowska
Ekstremalne zanurzenie w sztukę
Gabriela Dragun
Pustynie pośrodku miasta
Agnieszka Kłos
Survival 4:
"Survival" zaradnych dziewczyn i sfrustrowanych chłopców
Iza Kowalczyk, Edyta Zierkiewicz
Survival 3:
Labirynt i coś jeszcze... Sztuka zdobywania
Gabriela Dragun
Ariadna bez nici. O tym, że sztuka czai się wszędzie a szansa jej doświadczania jest nieobiektywna
Katarzyna Roj